2006, noc, Ateny. Kapelusza użyczył gospodarz.Krótka historia pewnego magistra

Pierwsze dni września, 1997 rok. Zajęcia z matematyki w 1 LO w Rybniku. To bardzo ważny moment w tej historii: prawdopodobnie właśnie te wrześniowe godziny, spędzone w pracowni matematycznej, obudziły we mnie ciągoty filologiczne. Bo do matematyki zraziły na pewno :)

Takich "przełomowych" chwil było jeszcze sporo: pierwszy kurs żeglarski, pierwsza "prawdziwa" lekcja angielskiego, pierwsze dni na uczelni itd. Gdyby usiąść i solidnie powspominać, okazałoby się, że w tej historii roi się od przeżyć traumatycznych, znaczących i niezwykle ważnych.

Dla mnie jednak ważniejsze jest to, co dzieje się pomiędzy tymi punktami: czas wypełniony pracą, bez uniesień i depresji. To wtedy mogę zrozumieć, co naprawdę jest potrzebne moim studentom. Wtedy mam okazję przemyśleć, zaplanować kolejny dzień/miesiąc/rok.

Spis wydarzeń przełomowych znajdą Państwo w sekcji "CV". W tym miejscu pragnę zapewnić, że życie pomiędzy tymi wydarzeniami jest o wiele ciekawsze :)

1. Uczenie

Zaczęło się, jak w większości przypadków, od korepetycji. Bywało ciężko (dla mnie i moich pierwszych "ofiar"), ale dzięki temu zrozumiałem lepiej tajniki nauczania "w cztery oczy". Jeśli teraz udaje mi się przeprowadzić zajmujące i ciekawe zajęcia z angielskiego, to w części zasługa tych pierwszych prób.

Potem była przygoda w zawrotnym tempie, czyli Metoda Callana. W pewnym sensie, była stworzona dla mojego ówczesnego stylu życia: szybka i dynamiczna. Praca w szkole Liberty pozwoliła mi poznać zalety i (i wady!) tej metody. Równie ważną rzeczą był kontakt z ludźmi: poznałem różne sposoby uczenia się, musiałem sprostać różnym oczekiwaniom i wymaganiom.

Praca w International House, a wcześniej - kurs nauczycielski Cambridge CELTA, to już wypłynięcie na głębokie wody. Po pierwsze, współpraca z międzynarodową organizacją: to motywuje i zobowiązuje. Nie ma miejsca na "kiepski dzień". Po drugie, to zupełnie inne podejście metodyczne, więc "przestrajanie się" zajęło trochę czasu. Każda minuta - spędzona na szkoleniu, planowaniu zajęć czy już w klasie - wymaga energii i maksymalnego skupienia. Czasem zastanawiam się, skąd się bierze ta cała adrenalina...?

Wykłady w Centrum Szkoleń Tłumaczeniowych "TRANSLA" odbywają się w niedzielne poranki. To tylko pozorna gwarancja ciszy i spokoju: kurs jest ultra-intensywny, a studenci wymagający i uważni. Nie ma co liczyć na śpiące audytorium :) Choć teoria przekładu jest w porównaniu z innymi zajęciami w "TRANSLI" przedmiotem "lekkim", na porządku dziennym są dyskusje i burze mózgów.

Wreszcie: kursy żeglarskie. Dwa tygodnie intensywnej nauki, ćwiczeń, pływań, eksperymentów. Dorośli i dzieci. Różne charaktery, oczekiwania, doświadczenia. Ktoś, kto stałby z boku patrząc na to wszystko, mógłby powiedzieć: "to się nigdy nie uda." Udaje się! I jest to doświadczenie, które cenię sobie najbardziej.

2. Tłumaczenie

Pierwsze próby - na własną rękę, do szuflady - zaginęły gdzieś już dawno. Może to i lepiej...? Ale do dziś pamiętam, że nie były to dobre tłumaczenia - i pamiętam, że ich odbiorcy nie omieszkali mi tego powiedzieć. Kiedy minęło rozgoryczenie, dowiedziałem się o sobie czegoś więcej.

Dzisiaj wiem, jak dobrze tłumaczyć. Wiem, jak ważne jest wszystko to, co dzieje się dookoła danego mi tekstu. To coś więcej niż dobry słownik, szereg technik i zabiegów warsztatowych. W zasadzie - to filozofia tłumaczenia, coś, czego wciąż jeszcze się uczę.

Entuzjazm i wykształcenie pomagają mi w pracy nad tekstem. Wcześniejsze niepowodzenia są dla mnie przestrogą i nauczką. A to, co będzie się działo z przetłumaczonym, oddanym tekstem - to, co przestałoby może obchodzić innych tłumaczy - stanowi dla mnie punkt wyjścia.
Wiktor